#55 Drań z Manhatanu – Penelope Ward & Vi Kelland
Listopad 26, 2018
BookTour z „Tylko Żywi Mogą Umrzeć”
Grudzień 10, 2018

#56 Trzy godziny ciszy – Patrycja Gryciuk

Wiecie ile czasu zbierałam się do napisania tej recenzji? Miesiąc. A dlaczego tak długo? Bo nie mogłam się pozbierać. Kiedy już zaczęłam pisać, wszystko było źle, każde słowo niezadowalające, złe. Skreślałam większość tekstu, żeby napisać nowy, potem znowu kasowałam i tak chyba 4 razy. W końcu doszłam do wniosku, że nie ważne co napiszę, i tak będzie to niewystarczająco dobre. No bo jak przelać na papier to, co mam w głowie w postaci grafik, obrazów, emocji? Chyba tylko autorzy książek to potrafią, ja nie jestem w tym dobra. Autorka tej książki, Patrycja Gryciuk, zrobiła to doskonale. Moja wyobraźnia działała na pełnych obrotach.

Patrycja, po wielu latach, wraca do Francji, do małego miasteczka Gourdon na Lazurowym Wybrzeżu. Wraca do domu w którym mieszkała jej krewna, w którym spędzała każde lato w dzieciństwie, w którym działo się tyle dobrego i prawie tyle samo złego. Wraca, by ostatni raz pożegnać to miejsce, spędzić w nim ostatnie chwile życia. Kiedy dowiaduje się, że jest śmiertelnie chora i pozostało jej niewiele czasu, chce ostatni raz spotkać się ze swoja największą miłością, Marnixem, więc pisze do niego ostatni list, w którym wyjaśnia wszystko i prosi o ostatnie spotkanie.

Główna bohaterka, Patrycja Gryciuk, to jednocześnie… autorka książki. Tak, pomysł rzadko spotykany, ale bardzo udany. Po skończeniu lektury zastanawiałam się ile prawdziwej Patrycji jest w wersji książkowej. Hmmh… wielka zagadka. Autorka zafundowała nam wspaniałe opisy krajobrazów i zapachów. Miałam wrażenie, że czułam zapach perfum, kwiatów opisywanych przez autorkę; że widziałam każdy zakręt i każdy pagórek na drodze do Gourdon; dotykałam każdego elementu, jaki był opisywany w książce, dotykany przez bohaterkę.

Te kilka godzin, jakie spędziłam na lekturze Trzech godzin ciszy były po prostu nie do opisania. Ja nie potrafię ubrać w słowa swoich uczuć, jestem (do tej pory) zszokowana i zachwycona tą historią. Jest tak gorzka, tak smutna, tak depresyjna, że jedyne co przychodzi mi na myśl to po prostu GRATULACJE dla autorki za zabawę emocjami czytelnika, bo jest ich miliony. Na początku było współczucie, kierowane do głównej bohaterki, która tęskni za Marnixem, swoją wieczną wielką miłością, ubolewamy nad jej losem, wyglądem, zastanawiamy się, dlaczego nie weźmie się w garść. Kiedy potem prawda wychodzi na jaw i wszystko to, w co wierzyła Patrycja, okazuje się jednym wielkim kłamstwem, którego ona sama nie chce dopuścić do swojej głowy, ja przeżyłam szok. Zaniemówiłam i w pewnym momencie nawet padło krótkie, dosyć popularne polskie słowo potoczne, bardzo często używane w wielu znaczeniach – tak, to słowo na k…, ale nie używam tego typu słów u siebie na blogu, więc możecie sobie sami je dokończyć.

Autorka zgniotła mnie emocjonalnie tą historią. Jest w niej tyle bólu, tyle goryczy, tęsknoty, miłości – Boże nie wiem czego jeszcze! Jest tak prawdziwa, że myślałam że czytam powieść na faktach, chociaż nie wiem ile jest w niej prawdziwych wydarzeń, być może wiele, być może wcale. Jest przesiąknięta cierpieniem, miałam wrażenie że w pewnych momentach to, o czym czytam, za chwilę będzie realnie działo się tuż obok mnie. To jest niebywałe. Nieczęsto czyta się takie książki. Dodatkowo autorka posługuje się pięknym, ale bardzo prostym, słownictwem, co tym bardziej mnie przyciągnęło do tej lektury.

Nie napiszę nic więcej, bo i tak nie jestem w stanie wyciągnąć z mojej głowy. Koniecznie musicie zapoznać się z tą historią, bo jest ona absolutnym hitem i perełką, ukrytą wśród innych z tego gatunku.

Książkę miałam przyjemność czytać, dzięki akcji zorganizowanej przez Brakującą Literę – Niezależny konkurs literacki